Życie bez życia

Trwa moda na pandemię. Rządy świata twierdzą, że wydłużają ludziom życie i należy im być za to wdzięcznym. Należy w nich pokładać wszelką nadzieję. Bo ludzkość odrzuciła Boga i bogiem stało się państwo. Taka już widać natura człowieka: bez boga żyć nie może.

Państwo które stało się bogiem

W rzeczywistości nie wygląda to tak pięknie jak TVP pokazuje. Działania rządu zabijają więcej ludzi niż ratują. Jak podaje Polska Times, w Polsce w październiku umarło ok. 44 tysięcy ludzi. To o 13 tysięcy więcej niż w poprzednich latach. Ale w tym samym czasie na COVID-19 umarło tylko 3 tysiące ludzi. Tak naprawdę większość wcale nie umarła na nowego koronawirusa, tylko była zakażona koronawirusem. Zdecydowana większość z tych 3 tysięcy cierpiała na inne, poważniejsze choroby i prawie wszyscy byli w zaawansowanym wieku. Nowy wirus tylko przyspieszył nieuniknione korzystając z osłabienia organizmu.

Tym trudniej odpowiedzieć na pytanie: co zabiło tych 10 tysięcy pozostałych? Dlaczego teraz tak wyraźny wzrost śmiertelności w Polsce? Ten październik różni się od wszystkich poprzednich październików w zasadzie tylko jednym: nigdy wcześniej rząd nie ingerował w tak radykalny sposób w życie tylu ludzi, i nie niszczył jednocześnie tyle sfer życia. Paraliż służby zdrowia jest tylko jedną z konsekwencji tej zabawy w boga.

Ale nie to jest najważniejsze.

Czym jest życie?

Ważne jest to, że wszędzie dookoła powtarza się jedno uzasadnienie dla wszystkich działań: ratowanie życia. Dobrze, ratujmy, popieram, jestem za. Ale ratowanie czego dokładnie?

Co to jest to życie, które ratujemy? Albo jeszcze dokładniej: co to jest życie człowieka?

Czy chodzi o możliwość leżenia zamkniętym w pokoju, jedzenia regularnie, regularnego oddawania moczu i patrzenia w samotności w odkażony sufit? Czy sama tylko egzystencja, sam fakt oddychania – nie ważne jak, gdzie i po co – to jest ta cenna rzecz, którą wszyscy spieszą ratować?

Ludzie najwyraźniej odsprzedali dusze szczurom, skoro jedyną wartością życia jest już tylko podtrzymywanie życia. Miejmy nadzieję, że szczury lepiej wykorzystają ten dar Boga i zaczną żyć w pełni. Po co w ogóle żyć, kiedy życie jest nieciekawe, niesatysfakcjonujące i nieistotne, jeżeli nic się nie przeżywa, nic się nie zmienia, nic się nie dzieje, i nic nie ma znaczenia?

Po co to przedłużać?

Ważne że dużo

Tyle razy w filmach i książkach słyszeliśmy, że ktoś oddałby rok życia za to, żeby spędzić tydzień z kimś, kogo kocha. Albo żeby robić coś, co kocha robić. Tyle razy słyszeliśmy i rozumieliśmy czyjeś słowa z ekranu i książki, że miesiąc lepszego życia jest więcej wart niż lata nudnej, bezwartościowej wegetacji.

Ale kiedy przyszło to samo zrobić w praktyce, nagle okazało się, że wszyscy kłamią. Bo ludzie masowo głosują wszędzie za tym, żeby oddać wszystko, co czyni życie wartym przeżycia, w zamian za… przedłużenie tego życia.

I tak pozbawiono się już śpiewu, tańca, swobodnego spacerowania, oddychania, oglądania swoich uśmiechów na twarzach, wyjścia do kina, relaksu w restauracji oraz poznawania nowej dziewczyny albo chłopaka na kursie tańca. Nie ma już kursu tańca. Nie ma nowej dziewczyny. Nikt nikogo nie przytuli ani nie poda ręki.

I po co to wszystko? Po to, żeby życie bez tańca, dziewczyn, uśmiechów i relaksu było… dłuższe!

Jeżeli rząd zmienia życie w bezwartościowy śmieć, a potem je wydłuża to taki rząd jest złem podwójnym. Ale co, jeżeli ludzie robią to sobie sami, na własne życzenie?

Nie mogę się nadziwić, a obserwuję to zjawisko odkąd pamiętam. Znacie to, że ludzie zamiast kupić dobry, zdrowy kawałek mięsa na obiad, kupują za tą samą cenę trzy razy więcej mięsa tak okropnej jakości, że jest prawie niejadalne? Ja znam dobrze, w takim duchu się wychowałem. Że lepsze dużo dziadostwa niż mało wartościowego. Kiedy łapię się za głowę i pytam po co się ci ludzie tak bezmyślnie tuczą truciznami, argument pada zawsze taki sam: to prawda że jest złe, ale za to mamy dużo więcej!

Więc… lepiej wybierać dużo złego niż mało dobrego?

A gdybym tak zapytał: czy wolisz mieszkać z dobrą żoną przez rok czy ze złą dziesięć lat, to co byś wybrał? Zapewne złą żonę: bo co prawda w domu będzie piekło, ale za to o ile dłużej!

I zrozum tu człowieku, ludzi.

Chyba że…

A może ludzie od początku mają życie nic nie warte? To by wyjaśniało dlaczego odbieranie smaku życia niespecjalnie robi różnicę. Skoro potrawa od początku była bez smaku, to co za różnica czy pojawi się zakaz solenia? Jak człowiek patrzył w błoto, to nawet nie poczuje że mu zasłonili gwiazdy.

Dla takich ludzi wartość życia, o ile w ogóle gdziekolwiek ją widzą, leży w tym po prostu, żeby trwało. I w niczym więcej. Łatwo przeprowadzić test, czy ktoś podpada pod tą kategorię. Wystarczy zadać pytanie:

„Po co żyjesz? Czy jesteś szczęśliwy?”

Nie ważne co kto odpowie. Ważne czy zaakceptuje pytanie.

Bo człowiek trwający tylko po to żeby trwać, nie może stawiać sobie takich pytań i nie może na nie odpowiadać. Zaczyna więc coś mamrotać, wyginać się na wszystkie strony i komplikować wszystko co proste.

Dlatego ci, dla których życie od początku było bezwartościowym śmieciem pewnie nawet nie zauważyli, że zamknięto cały świat i odbiera się z niego coraz większymi porcjami szczęście. Robią to ludzie nieszczęśliwi, po to żeby swoje nieszczęśliwe życie przedłużać. A przy okazji: sprowadzają szczęśliwych do własnego poziomu. Celowo? Nie, na pewno nie, bo nieszczęśliwy człowiek nie umie się wczuć w szczęśliwego. Nawet nie rozumie jak ktoś szczęśliwy może istnieć. Nieszczęście wydaje się jedyną możliwą alternatywą.

Oczywiście nieprawda.

A co ze szczęśliwymi?

To, że kowidziarstwo dotknie boleśnie ludzi szczęśliwych jest najbardziej tragiczne. Ale tylko dla tych wszystkich, którzy są w połowie drogi.

Bo tajemnica szczęścia nie jest żadną tajemnicą, szczęście płynie od środka na zewnątrz, nie odwrotnie. Więc tym, którzy to rozumieją i akceptują, żadne restrykcje nie są w stanie odebrać szczęścia. Bo to tylko zewnętrzne okoliczności. Są one co prawda wyjątkowo irytujące, ale szczęśliwy człowiek kiedy nie może widzieć uśmiechów ludzi na ulicy, weźmie kredki i sobie uśmiech narysuje. Przeczyta o nim w książce. Uśmiechnie się sam do siebie w lustrze. Naprawdę, szczęścia się nie da odebrać restrykcjami.

Ale ktoś, kto jest w połowie drogi, kto ciągle czerpie swoje szczęście z zewnątrz, dla niego kowidowe restrykcje totalitarnych rządów prowadzą prosto do depresji. Czyli tam, gdzie już większość społeczeństwa siedzi i szuka coraz to lepszych sposobów, żeby tą depresję w sobie zagłuszyć, jednocześnie cały czas jej służąc.

Tragedia, generalnie. I coraz mniej miejsca na bycie pośrodku, na bycie niezdecydowanym i neutralnym.

I co teraz?

Ważne, żeby nie zapomnieć: nie jesteś tu przecież od ratowania świata. Od tego jest Bóg, a ty jesteś od ratowania siebie.

Żyję według przekonania, że Bóg stworzył ludzi, żeby byli szczęśliwi. Siedź w domu i unikaj zagrożeń życia – to dokładne przeciwieństwo tego, co mówił Bóg kiedy stworzył człowieka: idź i żyj w pełni. Niezależnie od tego czy ktoś wierzy w słowa z Biblii czy nie, jest to wizja człowieka warta zastanowienia. Bo gdyby nawet Boga nie było, to i tak koncepcja „Bóg stworzył człowieka, żeby był szczęśliwy” jest o niebo lepsza niż aktualnie obowiązującej, która brzmi: „człowiek żyje po to, żeby żyć jak najdłużej„. To zwyczajnie głupie. Nie ma w tym logiki, podstawy, uzasadnienia. Teoretycznie taka wizja człowieka miała mu dać wolność, ale w praktyce działa inaczej: odbiera jakikolwiek sens egzystencji. Uniemożliwia znalezienie powodu własnego istnienia i celu tego istnienia, odbiera kontekst i zostawia w przeraźliwej samotnej pustce.

Jeżeli więc jeszcze tego nie zrobiłeś, zrób sobie przysługę i odrzuć to, co wybrał świat. Świat jest głupi. Świat ma depresję. Świat nie jest szczęśliwy i nie będzie.

Ty – możesz.

 

Spread it

4 komentarze do wpisu „Życie bez życia”

  1. Hej Martin. Akceptuję twoje pytania i odpowiadam tak:

    Nie jestem szczęśliwy. Żyję żeby kiedyś być.

    I jestem przekonany, że do szczęścia dojdę. To miła perspektywa. A póki co, to się wszystkiego boję. Mija jedna rzecz, przychodzi następna. Uprzykrza mi to życie niesamowicie.

    Postanowiłem sobie, że będę odważny. Zrobiłem w życiu parę szalonych rzeczy, ale na co dzień jestem raczej tchórzem.

    Strach się przyznać, ale chyba tak jest.

    Postanowienie jest świeże. Z wczorajszego wieczoru. Próbuję rozpracować jakoś ten strach. Prześledzić: skąd się bierze, jaki jest rdzeń, co go powoduje. Nawet mam wyniki. Wnioski i postanowienia. Ale na następny dzień znów się boję.

    Odpowiedz
    • Jak powiedział jeden mądry człowiek: kto szuka ten znajdzie.
      Tak że jesteś na dobrej drodze. To jest najważniejsze. Jak się jest na dobrej drodze to się w końcu dojdzie.

      Odpowiedz
    • Nawet musisz. Ludzie mogą być dość łatwo chwilowo szczęśliwi, kiedy zapożyczają swoje szczęście od kogoś innego. Widzimy, że ktoś inny jest pewny siebie, zadowolony, pełen życia – i wtedy przyklejamy się do niego i pasożytujemy. Podbieramy jego pewność, przekonanie, szczęście i jest lepiej.

      Do następnego dnia. Do następnego „doładowania akumulatorów”. Do następnej wizyty. Do następnej tabletki albo szklanki wódki.

      Wielu ludzi doradza innym takie rozwiązanie, bo wydaje się, że to jedyne co jest dostępne. Ale ja tego nie akceptuję. Nie wierzę, że są ludzie za słabi na to, żeby być szczęśliwym. Jeżeli małe dzieci nie są za słabe, to na pewny ty. Przecież jesteś większa.

      Ale problem jest w tym, że ludzie chcą być szczęśliwi, ale jednocześnie bardzo nie chcą niczego zmieniać. I wtedy faktycznie się nie da, bo wymaga to przeważnie zrobienia czegoś niemożliwego a do tego trzeba siły nadludzkiej.

      Po prostu chcemy za dużo, w tym rzecz. Albo chcemy za dużo na raz. Jeżeli to jest problemem to rozwiązanie jest trudne, ale proste: zrezygnować. Z czego? Ze wszystkiego co jest ponad siły.

      Nieraz trzeba w tej rezygnacji nieźle cofnąć, czasem znowu zejść do poziomu dziecka. Wielu ludzi nigdy tego nie zrobi – duma przeszkadza. Szkoda. To właśnie jedna z tych niemożliwych do pogodzenia rzeczy, nie do udźwignięcia: zachowywać swoją dumę i żyć szczęśliwie, to są rzeczy nie do pogodzenia. No bo trudno być szczęśliwym jak dziecko a jednocześnie żądać od świata, żeby wszyscy mówili „proszę pana”, a tym bardziej „szanowny panie magistrze”. Ja poznałem tysiące ludzi, ale jeszcze nigdy nie widziałem takiego połączenia. Nie spotkałem takiego, który ma duże zasoby dumy własnej, a jest faktycznie szczęśliwy. Przeważnie ktoś taki ledwo sobie radzi z życiem. Zwłaszcza w związkach.

      No ale tak w skrócie odpowiedź jest krótka: tak, możesz. Własnymi siłami. Sęk w tym, żeby nie brać do noszenia więcej niż się jest w stanie udźwignąć.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz