Czego uczą motocykle

Od 23 lat jeżdżę motocyklem. Głównie motorowerem. Jeżdżenie od zawsze sprawiało mi radość!

Dla większości motocyklistów to wcale nie jeżdżenie jest ważne. Najważniejsze jest kupowanie, pokazywanie się lub ucieczka od tej nudnej reszty życia. Mogą być też i inne powody. I wszystkie one są OK. Co kto lubi! Kręci cię chodzenie w skórze? Lubisz sobie posiedzieć na ciężkiej, mocarnej maszynie? Pragniesz poczuć w końcu coś dużego i wysokoprężnego między nogami? Jest na to sposób: kup motocykl!

Ale ja mam inne potrzeby. Mi chodziło zawsze po prostu o jazdę.

I dlatego moje motocykle zawsze były małe, słabe, dość brzydkie i trochę brudne. Bo mnie nie obchodzą motocykle. Mnie obchodzi jazda!

Przez ostatnie 20 lat miałem 5 różnych maszyn, ale nigdy nie kupiłem do tego motocyklowych rękawic, butów ani kurtki. Nie miałbym nawet kasku, gdyby prawo nie wymagało. Bo jak mówię: mnie to wszystko nie obchodzi. Im mniej dupereli, tym lepiej czuję wiatr. Bo ja jestem szczęśliwszy od jazdy, nie od ubrania.

Simson S51 enduro
Tak wyglądał mój pierwszy motocykl, Simson S51 Enduro. Kawał złomu. Cudowny.

A co z bezpieczeństwem?

Bezpieczeństwem to ja też się za bardzo nie przejmowałem. W końcu to nie bezpieczeństwo daje mi szczęście, tylko jeżdżenie. Ja jestem prosty człowiek: robię co lubię.

Przy okazji zastanawia mnie taka sprawa: jeżeli bezpieczeństwo czyni kogoś najbardziej szczęśliwym, po co w ogóle chce jeździć motocyklem? Oszalał człowiek? Niechże sobie kupi samochód! Bo są motocykliści, którzy są naprawdę zakochani w bezpieczeństwie. To dla nich absolutny priorytet. No i OK, w porządku, tylko że czemu sobie utrudniają życie? Jest na ten styl życia lepszy sposób: zostać w domu! Będzie taniej i najbezpieczniej. I człowiek od razu szczęśliwszy.

To jest ten odwieczny problem ludzi: robią wszystko, tylko nie to co daje im szczęście. Kochasz jeździć? Jeździj! Kochasz bezpieczeństwo? Siedź w domu! Rób co chcesz, tylko się w tym nie okłamuj. Bo po co?

Dobra, opowiem wam lepiej o małej przygodzie na drodze. To było dawno, dawno temu.

Podczas jednej z moich wyjątkowo długich podróży odbytych wyjątkowo małym motorowerem, spotkałem na drodze dwóch motocyklistów. Staliśmy we trójkę na tym samym skrzyżowaniu. Obok siebie. Spojrzeli na mnie. Ja na nich. Różnica była taka, że mogłem tylko pomyśleć: cała przyjemność po mojej stronie.

Siedzieli jak dwa skórzane pawie na dwóch błyszczących, wypolerowanych, dużych motocyklach. Mieli nowe kurtki, prosto ze sklepu i rękawiczki motocyklowe, co kosztowały pewnie tyle co pół mojego grata. A wszystko to czyste, świeże, świecące i robiące wrażenie.

Spojrzeli na mnie raz, uśmiechnęli się pogardliwie i przestałem dla nich istnieć. Ani jednego słowa, ruchu ręką, nic. Ich ego się nakarmiło i urosło: znaleźli kolejną osobę, od której czują się lepsi!

I nie ma się co dziwić! Mój biedny motorek był mały, powolny, niewygodny i brudny. Tak jak i moja gęba. Kurtka? Nie motocyklowa. Stara jak kosmos i prawie tak samo czarna, bo używałem jej do wszystkiego: raz jako poduszki, raz jako śpiwora. Dżinsy przeżyły już tyle, że mogły napisać biografię. Nie robiłem więc żadnego wrażenia na drodze, poza komicznym, jak jakiś bohater z książek Karola Maya. Ale ja tego dnia zrobiłem trzysta kilometrów, a od początku wyjazdu z domu ze 3 tysiące. I to silnikiem o pojemności 50cm3. Ostatnie dwa tygodnie spędziłem w siodle, więc nic nie było czyste, błyszczące ani nowe.

Dlaczego taka masakra?

Bo uwielbiam jeździć! Lubię też wyzwania, więc nie chciałem sobie niczego niczego ułatwiać. Jeśli już się za coś biorę, niech to będzie tak trudne i ryzykowne, na ile mi starczy odwagi! Kiedy osiągnę coś trudnego, wtedy jestem szczęśliwszy.

Ci dwaj mogliby wyciągnąć z tego dla siebie jakąś lekcję, ale zamiast tego wybrali głupotę: mierzenie innych swoją miarą. Słaby pomysł, nie polecam. Nie rób tak, bo wcześniej szyb później wyjdziesz na głupka.

Bo wygląd, metki z ceną, pojemności silnika – są ludzie, którzy w tym szukają szczęścia. Ci dwaj motocykliści to takie właśnie egzemplarze. Niedzielna przejażdżka, jakieś 50km, w super-fajnych ciuchach, na wypieszczonych maszynach zupełnie im wystarcza. Nie oszukujmy się: tu chodzi tylko o szpan.

No i dobrze! Są od tego szczęśliwi? To super! Niech to robią na zdrowie. I nie ważne co powiedzą inni.

Ale kiedy patrzysz na szczęście kogoś innego i kusi cię, żeby to ocenić swoimi wartościami, to dobrze się zastanów. Bo on to nie ty. Więc niewykluczone, że on czerpie swoje szczęście z zupełnie innego źródła. Doradzam więc ostrożność w osądzaniu. Ja w magicznym świecie wielkich pojazdów i drogiego sprzętu byłem nikim, ale w moim świecie twardej jazdy z twardą dupą na twardym siedzeniu, ci dwaj skórzani rycerze nie wytrzymaliby dwóch dni. Więc jak teraz ocenić siebie nawzajem?

Nijak. Nie oceniać? Bo po co? Ja wcale od każdego nie oczekuję, że ileś-tam dni z rzędu spędzi sam na drodze, ze wszystkimi możliwymi utrudnieniami. Dla większości ludzi to kompletne wariactwo i doskonale to rozumiem. Ci dwaj niedzielni motocykliści wydawali się z drugiej strony zadowoleni ze swojej koncepcji szczęścia. Mi się to podoba, bo poczucie szczęścia jest zaraźliwe, a oni wyglądali na całkiem szczęśliwych.

Tylko dlaczego oni nie mogli ucieszyć się mną tak jak ja nimi?

Ano nie wiem. Szkoda, że nie należą do „To Be Happy Club„, szkoda, że nie mogą cieszyć się własnym szczęściem, bez jednoczesnej potrzeby narzucania go innym. Czy szczęśliwy człowiek nie cieszy się jeszcze bardziej, spotykając innego szczęśliwego człowieka? Czy to jest aż takie trudne?

Jest. Na to wygląda. A dlaczego? A nie wiem. Ale wiem, że nie powinno tak być. I nie musi.

Ciesz się, że ja się cieszę! Nie uznajesz mojego szczęścia tylko dlatego, że nie pasuje do twojej definicji? No to co z tego? To naturalne, że twoje wartości nie są moimi. Ale skoro jedno i drugie prowadzi do szczęścia, to czyni nas to w pewnym sensie braćmi. Zachowujmy się więc jak bracia.

To samo powiedział kiedyś Schiller w wierszu, który na pewno słyszałeś wiele razy, zwłaszcza jak mieszkasz w Europie:

Jasność twoja wszystko zaćmi, złączy, co rozdzielił los. Wszyscy ludzie będą braćmi tam, gdzie twój przemówi głos.

Johann Christoph Friedrich von Schiller, Oda do Radości

Tak więc uczczę teraz kupno nowego (szóstego już!) motocykla zdaniem: bądźmy jak bracia! Lub siostry.

Bądźmy szczęśliwi. I nauczmy się cieszyć tym szczęściem wspólnie!

Spread it

1 komentarz do wpisu “Czego uczą motocykle”

Dodaj komentarz