O mnie

Martin in a hat on a chair

Co bym tu nie napisał, i tak wyciągniesz błędne wnioski.

To nie twoja wina ani moja, po prostu nie da się inaczej. Nie sposób opisać życia i człowieka w takim skrócie. No chyba, że ktoś ledwo żyje. Ale ja akurat się nażyłem porządnie. Długo, intensywnie, ciekawie i nietypowo.

Dlatego zamiast opisywać sam siebie i zastanawiać się w którą stronę bardziej przesadzam, wypiszę trochę faktów z przeszłości. Z różnych kategorii życia. Wnioski wyciągnij ty.

Języki

Historia opanowanych języków pokazuje historię życia i rozwoju człowieka. U mnie wygląda to tak:

  • Polski – nauczyłem się jako dziecko. Nie miałem wyboru, więc nie ma o czym pisać. Czy mi się ten język podoba? Nieszczególnie. Ładny nie jest. Ale nudny też nie. I cieszę się, że mogę słuchać Kaczmarskiego i czytać Lema w oryginale!
  • Angielski – w 1994 roku poznałem wielu ludzi z USA. Organizowali oni wtedy we wschodniej Europie chrześcijańskie obozy językowe. Zawdzięczam tym obozom i tym Amerykanom masę szczęścia! Byłem związany z tymi obozami kilkanaście lat, przede wszystkim jako tłumacz. Łącznie byłem na ponad 30 obozach, a 80 osób na każdym i dużo okazji do życiowych rozmów (jako tłumacz byłem wszędzie i widziałem wszystko) dało mi unikalną szkołę poznawania ludzi.
  • Rosyjski – znam z Ukrainy. Pierwszy raz pojechałem w okolice Odessy, żeby pomóc na obozie językowym. I zasiedziałem się tam trochę dłużej. Przyjeżdżałem później w okolice Morza Czarnego jeszcze kilka razy. Coś mnie tam ciągle gna i przyciąga. Rosyjski tak samo jak i angielski stał się częścią mnie.
  • Hiszpański – Mieszkałem dwa lata w Hiszpanii. Większość czasu spędziłem pracując w domu, zwłaszcza kiedy w 2020 demokratyczna tyrania zamknęła świat na klucz. Więc nie zdążyłem wyrobić sobie tego stopnia „mojości” języka, co przy trzech poprzednich. Ale gadam, rozumiem, a resztę nadrobię jak tylko ucieknę z Europy.

Poza tym znam kawałeczki niemieckiego, rozumiem jak mówią do mnie po czesku, słowacku, ukraińsku i tak dalej. A, no i uczyłem się rok hebrajskiego. Ale to wszystko za mało, żeby to sobie to CV wpisywać.

Edukacja

Edukacja to nie jest prosta sprawa do opisania. Bo przecież nie chodzi o papierowe tytuły, chodzi o realną wiedzę, życiowe umiejętności, ukształtowane umysłu. W skrócie: wszystko to, co czyni człowieka mądrym.

Czas pokazał co było cennym źródłem edukacji, a co tylko pozorem i stratą czasu. Moja historia edukacji wygląda tak:

  • Szkoły państwowe – jeżeli tobie się przydały, to bardzo się cieszę. U mnie to była kompletna strata czasu. Całą przydatną wiedzę, którą nabyłem w szkole znalazłbym sobie sam sto razy szybciej i taniej. Zresztą nie o samą wiedzę tu chodzi, celem podstawówki i liceum było przede wszystkim tresowanie we mnie pasywnego niewolnika. Czas pokazał, że wszystkie te szkoły ostatecznie przyniosły więcej szkody niż pożytku.
  • Uniwersytet Jagielloński – co za rozczarowanie! Uniwersytet był gorszy nawet niż przymusowe szkoły. Spędziłem tam rok studiując informatykę. Mówić, że te studia były mało wartościowe, to tak jakby nazwać kozę rumakiem. Dajcie spokój, szkoda strzępić ryja.
  • Studia prywatne – łącznie spędziłem 4 lata na dwóch kolejnych uczelniach. Tu już poszło lepiej, nie były takie złe. Nauczyłem się trochę z dziedziny zarządzania, marketingu, ekonomii, teorii grup, socjologii, interkomunikacji interpersonalnej, podstaw prawa. Uczyłem się też troszeczkę programowania, ale to akurat większego sensu nie miało. W pracy i przy własnych projektach – tam była prawdziwa nauka.
  • Praca – to tutaj zdobyłem większość prawdziwych zawodowych umiejętności. Miałem okazję uczyć się i trenować w praktyce zarządzenie, programowanie, dziennikarstwo, komunikację i mnóstwo innych rzeczy, w których jestem teraz nie najgorszy. Sposób praktyczny, tani, efektywny. Wiele wyzwań, ciągła konfrontacja. O tak, praca to doskonałe źródło edukacji!
  • Przyjaciele – Kultura, historia, języki, zarządzanie życiem, praca zespołowa, komunikacja – tego możesz się łatwo nauczyć od przyjaciół. To w większości tak zwane soft-skill, ale nie lekceważ ich! One mają fundamentalne znaczenie. Znajomość języków opanowałem przede wszystkim przez rozmowy z przyjaciółmi. Szkoły i kursy były dużo mniej wydajne.
  • Książki – uczenie się z książek działa podobnie jak uczenie się od przyjaciół, z tą różnicą, że większość z tych przyjaciół jest nieżywa. Filmy video? Podcasty? Owszem, niezła alternatywa. Ale książki są po prostu szybsze. Bo to co oglądasz w godzinę przeczytasz zwykle w 5 minut. Z drugiej strony książka wymaga więcej skupienia i wysiłku.